Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Kanał RSS neurogroove

międzywymiarowy poród

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Dwa małe kubeczki wywaru
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Ceremonia u kolumbijskiej szamanki. Nastawienie - otwartość, ciekawość, brak szczególnych oczekiwań - wiedziałam, że miałam znaleźć się na tej ceremonii w tym momencie życia, niezależnie od wszystkiego.
Wiek:
26 lat
Doświadczenie:
Grzyby - dużo
LSD trochę mniej
Kilkukrotnie: Changa, San Pedro, MDMA
dawniej różne RC jak 4-Aco-MET, 2C-B-FLY, 1cp-LSD i podobne
Marihuana

raporty interdimensional princess

międzywymiarowy poród

Poczułam dziś inspirację, by opisać moją podróż na ayahuasce...

Wołanie ku niej czułam już od lat. Stąd też lata temu moje pierwsze próby ugotowania wywaru, gdy jeszcze mieszkałam w Polsce. A następnie podejście do ceremonii podczas mojej pierwszej podróży do Ekwadoru. Wizja nie przyszła wtedy do żadnego z nas, jako uczestników ceremonii - ale w swoim przypadku wiem, że miałam poczekać i przejść odpowiedni proces przed tą potężną inicjacją.

Przyjeżdżając do Ameryki Południowej po raz kolejny, wiedziałam, że prędzej czy później się z Ayą zobaczymy. Znajdzie mnie w odpowiednim momencie i czasie - czułam.

Co było kluczowe, biorąc pod uwagę tematykę mojej "inicjacji"?

Proces podążania za swoim czuciem. Bezkompromisowo. Czuciem poza logiką, czuciem, które płynie z innego wymiaru i wyrasta ponad iluzję. Energetycznie... dosłownie DOCZOŁGAŁAM się na tę ceremonię.Wiele miesięcy przed, czasem czułam, że... okej, dam sobie ostatnią szansę, nie wiem, o co tu chodzi, czemu ledwo żyję z dnia na dzień, pusta powłoka, która stara się ostatkiem sił dalej poruszać poprzez tę rzeczywistość.

Pamiętam moment, jeszcze w północnokolumbijskiej dżungli.
 Siedzę na skraju tarasu, patrząc na rozpościerający się przede mną las deszczowy. Wewnątrz mnie - kraina bólu, którego źródła nie sposób zlokalizować. Z jednej strony... ufam, że to konieczny proces. Z drugiej - zaczynam płakać, opowiadając dżungli o tym, że kończą mi się siły i jakakolwiek nadzieja. Myśli samobójcze uderzają z pełną siłą. Obserwuję je. Gdy lecą mi łzy, las płacze razem ze mną. Wzruszam się z wrażenia. Przestaję. On też. Zaczynam znów płakać. I on zaczyna... Zapamiętam ten moment na zawsze, nigdy nie poczułam takiego wsparcia od natury. Poddaję się kolejnej fali bólu i rozpadu. Myślę o tym, że idę w kierunku ayahuasci, która będzie kluczowym momentem.

Kolejne wołanie...

Tym razem południe Kolumbii.Najbardziej dżunglowa dżungla, jakiej miałam okazję doświadczyć.

I ceremonie... na wyciągnięcie ręki. Jednak pojawiły się wątpliwości - czy teraz? A bo w sumie nie ma kasy, a bo coś tam. Ale jednak w głębi czuliśmy, że właśnie po to wylądowaliśmy w tym specyficznym miejscu.

I pewnego dnia zostałam "przyparta do ściany" :)

Nagły rozpad. Muszę odejść od ludzi. Kieruję się na ścieżkę wiodącą ku leśnej toalecie.

Po drodze padam na ziemię. Zaczynam wyć z bólu i tęsknoty, jak nigdy. Za czym? Tego nie wiedziałam. Deszcz leje. Ja wyję. Wyjąc dalej idę srać. Jednocześnie chce mi się rzygać. Wychodząc z toalety, znów padam na ścieżkę, czując spazmy mdłości i wewnętrzne rozdarcie, którego nie opiszą żadne słowa. Przyjmuję wiadomość: AYAHUASCA. TERAZ.

Już na kolejny tydzień umówiliśmy się na ceremonię.

W międzyczasie wjechało jeszcze Kambo i San Pedro, do kompletu przed tym doświadczeniem.

DZIEŃ CEREMONII

Jak zwykle deszczowo.Ubrani w peleryny, pędzimy na motorze wiezieni przez naszego gospodarza (również szaman) na miejsce docelowe, gdzie zdecydowaliśmy się odbyć ceremonię. 

Zawsze kocham te momenty, gdy pędzę poprzez egzotyczne krajobrazy - czuję się wtedy totalnie w swoim żywiole!

Nie zmieniło to jednak faktu, że przed ceremonią wcale nie czułam się dobrze.

Ale jednak jestem.

Brak wiary w jakąkolwiek nadzieję na poprawę swojej sytuacji próbował się przebić, ale mimo wszystko przed podróżą skontaktowałam się z ayahuascą, szczerze otwierając się na proces, pisząc pewien list:

Czy możliwe jest dla mnie odczuwanie przyjemności z życia i bycia w ciele?Chciałabym w to uwierzyć i to poczuć.
Skąd pochodzi pragnienie śmierci i bunt przeciwko doświadczeniu?Chciałabym to uzdrowić, albo zrozumieć i zaakceptować występowanie tego.

Czy mogę czuć miłość i przepływ?Pokaż mi.

Zrób to, co masz zrobić zgodnie z moim najwyższym potencjałem.Jeśli mam tu zostać - pragnę być dla siebie i dla innych.

Chcę zintegrować wewnętrznie to, kim jestem - poznać cień, światło i sprawić, by wszystkie moje aspekty były zrozumiałe i działały na moją korzyść.

Otwieram się na to.Ayahuasco, uzdrów mnie. Pokaż mi.

Boże, prowadź mnie.

---

Docieramy na miejsce. Małe, odosobnione gospodarstwo w dżungli.

Wita nas asystent szamanki. Zwróciłam uwagę na jego nietypowy vibe i mroczne tatuaże. Nie był miejscowym - prawdopodobnie podróżnik z Ameryki.

Rozwieszamy nasze hamaki pod niewielkim zadaszeniem. Poza mną i partnerem, w hamakach czekali już na ceremonię dwaj mężczyźni. Łącznie więc byliśmy w czwórkę.

Z nieopodal obserwowała nas dzika świnia. To stały bywalec tego gospodarstwa.

Ceremonia rozpoczęła się bez wielkich wstępów i ceregieli. Szamanka przyszła, okadziła każdego i niezwłocznie przeszła do rozdawania napoju. Każdy podchodził wołany osobno i wypijał kubeczek wywaru - gęstego i słodkiego... co mnie zdziwiło. Zawsze bywał niesamowicie gorzki! Natomiast do teraz język mi się skręca na przypomnienie tego specyficznego, słodkiego smaku.

Doradzono nam, by powstrzymać wymioty jak najdłużej. Nie było to łatwe. Po wypiciu, już siedziałam, jak na szpilkach, całą swoją świadomością skupiając się na wyciszeniu żołądka zaskoczonego przyjętą przez niego substancją. W końcu jednak - jako pierwsza udałam się do najbliższej rynny, by oddać się potężnym torsjom wymiotów.

Oj, nie był to łatwy początek. Wymioty były naprawdę wykańczające i doprowadziły do poczucia totalnego wyczerpania - całkowitego dna energetycznego.

Poszłam na hamak, zamknęłam oczy i poddałam się temu okropnemu uczuciu. Wręcz miałam wrażenie - to nie tak, że wymioty mnie do niego doprowadziły. Wiedziałam, że to wyczerpanie jest cały czas - jak nieodłączna część mnie, którą teraz mogłam zobaczyć w pełnej krasie... ale dlaczego?

Wtedy spojrzałam w oczy "demonowi". Zobaczyłam wizję czegoś w rodzaju ośmiorniczki z jednym okiem, jej macki się wiły, osaczając moją energię. Widziałam coś podobnego raz na grzybach. Do teraz jednak nie wiem, czym to jest.

Leżałam i czułam tak potężne wyczerpanie, nawet nie na 0, to było wyczerpanie na poziomie minus 1000, odczuwalne jako ból w każdej komórce ciała.

Uznałam, okej nie wiem co to, ale najwyraźniej w tym momencie muszę być silniejsza i stawić temu czoła - po to się to pokazuje, nie? 

Zrobiłam więc rytuał wstania z hamaka i udałam się poza zadaszenie, usiąść na chwilę na pieńku pod gołym niebem, kontemplując osaczającą mnie energię.

Szybko przyniosło to pozytywny efekt, poczułam pewną błogość, a z oczu zaczęły lecieć mi łzy wzruszenia z miłości do siebie i dumy, że poszłam za swoją prawdą tak mocno, że jestem teraz w takim miejscu w życiu i przeżywam takie rzeczy.

Chwilę później u moich nóg pojawiła się dzika świnia. Początkowo z obawą, ale zaczęłam ją głaskać, na co odpowiedziała niesamowitym zadowoleniem, kładąc się i wystawiając swój brzuch na kolejne pieszczoty. Mój kryzysowy stan został więc zażegnany - chwilę później wróciłam do hamaka - utrzymywał mi się stan lekkiej błogości, czystości myśli, delikatnie zmienionych kolorów. Trochę jak afterglow tuż po zapaleniu changi. Prowadzący podszedł do mnie i powiedział - jesteś gotowa na kolejny kubeczek ayahuasci.

Nie pamiętam, jak szybko zawładnęła mną kolejna fala torsji po przyjęciu drugiej porcji - była jednak niesamowicie potężna. Nie wiedziałam już, czym ja wciąż rzygam? Pod koniec już nawet nie rzygałam, ale moje ciało wciąż wykręcane było rytmicznymi skurczami, gdy wiłam się nad ku rzyganiu przeznaczoną rynną. 

Aż w końcu wydostało się to, co miało się wydostać - RYK JAGUARA.

Tak, z mojego gardła.

CO?!

Taka była pierwsza reakcja mojej świadomości, zdziwionej potęgą tego właśnie wydobytego przeze mnie dźwięku.

Zdziwienie nie trwało długo - moment później nieprzytomna padłam twarzą na ziemię, a właściwie pod ziemię, gdyż pamiętam, że niby moje ciało padło na ziemię, ale jednak czułam, że jakaś część z niego się odłączyła i wpadła w wymiar, który był jakby "do góry nogami względem tego "fizycznego". Jakbym zrobiła fikołka pod ziemię - to najlepsze, jak mogę to określić.

Zanim przejdę do głównej akcji... nie wiem tak naprawdę, jaka była jej kolejność (części I i II). Być może wszystko to działo się w tym samym czasie?

CZĘŚĆ I - ŚWIATŁO

Więc tak... zacznijmy od mojego ciała. Leżę na brzuchu, twarzą do ziemi. Nie mam żadnej kontroli nad swoim ciałem. Wręcz wiem, że zostawiłam je daleko za sobą, być może już do niego nie wrócę. Pojawiły się energie/istoty/byty, które z ogromną inteligencją i obeznaniem zaczęły odprawiać POTĘŻNY RYTUAŁ.

Początkowo jakaś resztka mojej osobistej świadomości obserwowała to i starała się zrozumieć.

Na jakimś poziomie czułam się spokojna, bo wiedziałam, jakbym była dosłownie zadeklarowana ku temu, że stawię się w to miejsce, by to, co się stało, mogło się odbyć. Że miałam zostać do czegoś "użyta".

A z drugiej strony moje ja zadawało pytania "ej dobra, wiedziałam, że psychodeliki to portal i to w znaczeniu dużo potężniejszym, niż się większości zdaje, ale żeby AŻ TAK? To ja mam być tym portalem, to ja mam tu teraz RODZIĆ tak na SERIO? Tak? To już teraz? AAA ale ja nie wiem czy jestem gotowa, jak to się robi, to takie silne, AAA idzie skurcz!"

Cóż... zrozumiałam też tatuaż, który zrobiłam sobie lata temu. Dosłownie mam na brzuchu portal.

Tak, to był poród!

A "oni"... doskonale znali ten proces. Tak szczegółowo. Wiedzieli, jak zaopiekować się każdym najmniejszym elementem. Rozwarcie, skurcz... nie dawałam rady, coś we mnie puszczało, a moje ciało wpadało w kolejne wymiary, w kierunkach, które nie są możliwe fizycznie, a oni mnie tam łapali. Ja jednocześnie czułam tak potężną doskonałość tego prowadzenia, że z każdym skurczem oddawałam się mu coraz bardziej, a każde rozwarcie wpuszczało coraz więcej zrozumienia, że to ja zaprogramowałam ten proces, tę drogę, jak i również każdego z tych duchowych położnych. Każde rozwarcie sprawiało, że moja fizyczna persona zostawała coraz bardziej zapominana, a do mojej świadomości przenikało coraz więcej światła płynącego z prawdziwego ja - tego, które nie zostało przyćmione iluzją wyświetlenia. 

Największe wrażenie robiła na mnie doskonałość tej drogi. Byłam doprowadzana na skrajności, w ciemne zaułki - wtedy rozpadała się kolejna część mnie, część ciała odpadała, a moja perspektywa była w stanie dostrzec pierwotną DOSKONAŁOŚĆ, dosłownie odbijałam się od jednej doskonałości do drugiej.

W sumie, brutalne to było. Zrozumiałam też, jaką iluzją są te ciemne miejsca w życiu, gdzie nie ma miłości, nie ma nadziei, nie ma światła. Pamiętam, jak w tych innych wymiarach wręcz płakałam z ulgi, że to, co czuję w środku, za czym idę, to PRAWDA. Ale droga skonstruowana jest tak, żebym doświadczała tej ciemności i była w stanie wybrać tę PRAWDĘ jeszcze mocniej.Kolejny ciekawy element tego etapu. Jak prowadzili mnie przez PORÓD?

Moje ciało fizyczne, tak jak pisałam, leżało bezwładnie, ale nie w bezruchu.

Nie miałam nad nim kontroli - ale oni nim poruszali, a każdy najmniejszy ruch był prowadzony poprzez wyższą inteligencję i był pewnego rodzaju kodem, który otwierał kolejne wymiary. To nie były ruchy przypadkowe, to ciało było instrumentem. Np. noga unosiła się i robiła kółko. Albo ręka, i tym podobne ruchy. 

Za każdym rozwarciem i przyjęciem kolejnej porcji światła wydawałam długi, czysty krzyk. Bo czułam, za każdym razem, że jest to więcej, niż mogę przyjąć. Ale oni nade mną czuwali i wiedzieli, że mogę. Czułam, jak wyczuwają moją gotowość na kolejne fale.

Co rodziłam? Jakby... Nowy wszechświat. Poświęcając swoje EGO.
 I czułam, że to konieczna, indywidualna droga. I oni doskonale znali ten proces, czułam głębokie zrozumienie i empatię do tego, co przechodzę. Nie ja pierwsza, nie ostatnia.

Każda porcja światła zbliżała mnie coraz bardziej do źródła. Do Jedni. 

Aż w końcu stałam się nią, cała w swojej pierwotnej, naturalnej energii, którą czułam wtedy w 100%, nieprzyćmioną żadną iluzją z zewnątrz. Istoty zmniejszyły się, wyblakły, bo też pochodziły z jedni, nie musiały więc już dłużej wykonywać swoich ról - miały mnie tylko odprowadzić, przypomnieć, bo tak je zaprogramowałam - na doskonałe prowadzenie.

I bycie w Jedni było tak samo przyjemne, jak i przerażające (choć te określenia niewiele oddają). W każdym razie, kumulacja energii była tak potężna, a jednocześnie zrozumiałam swoje głębokie poczucie "wiecznej samotności".

CZĘŚĆ II - CIEMNOŚĆ

Leżę twarzą do ziemi.

Jest ciemno, jestem bezwładna.

Część mnie próbuje się podnieść, ale nie ma nad ciałem żadnej władzy. 

Totalne SURRENDER - tak jak i w świetle, tak samo i w ciemności.

Czuję, jak piasek zgrzyta mi pomiędzy zębami. Jest to jak zapętlone. Czy naprawdę gryzłam tyle piachu?

Biorę głęboki wdech nosem, prosto z ziemi, próbując za pomocą węchu odnaleźć się w przestrzeni. Czuję to, co niosę w środku. Tęsknotę nie z tego świata. Tęsknotę, która prowadzi mnie cały czas, a ja niosę ją w sobie jak dziecko...

I sama, węchem i czuciem, jak niemowlę szukające piersi matki, bezskutecznie próbuję odnaleźć się w ciemności, w trzewiach czując przepływającą pulsację bólu wspomnianej wyżej tęsknoty.

Zapętlenie gryzionego piachu. Poczucia tarzania się w błocie. W kółko i bezustannie.

Atmosfera obrzydzenia otaczająca mnie cały czas.. Znowu poczucie, że nie jestem sama - że inne istoty, bardziej surowe, kierują tym procesem. Triggerują mnie, żebym pokierowała się swoim czuciem i wstała z tej przestrzeni.

Odgłosy plucia, charkania - jak na pętli. To iluzja, czy może moi współtowarzysze tripa wydawali te dźwięki rzygając? Jednak odczucie powtarzalności było więc przytłaczające.

Zgrzyt między zębami. Splunięcie. Szydercze śmiechy. Węch.

Zdarta płyta obrzydzenia, które triggerowało mnie jednocześnie ku z jednej strony - jeszcze większego poczuciu zagubienia, a z drugiej - ku odnalezieniu siebie.

A ja leżę i wącham piach, nie będąc w stanie poskładać na tyle swoich aspektów, by podnieść się i wstać w tej przestrzeni (i co ciekawe, nie czułam, że ta przestrzeń w której miałam się podnieść była do końca tą fizyczną przestrzenią, w której było moje oryginalne ciało).

CZĘŚĆ III - GO FIND YOUR REALITY + wątki poboczne

Nagle odzyskuję przytomność. Przede mną na początku widzę inną osobę, a nie prowadzącego, i myślę, że jestem w innym miejscu i moją pierwszą reakcją jest przerażenie... dlatego szybko sobie przypominam, że przecież przyszłam na ceremonię i gdzie powinno znajdować się moje oryginalne ciało i rzeczywistość, z której wystartowałam. I osoba oraz przestrzeń klaryfikuje się jako miejsce, gdzie oryginalnie rozpoczęłam ceremonię (czasem myślałam, że może nie zdałam tu jakiegoś testu i poprzez lęk przed szaleństwem nie zrobiłam tego międzywymiarowego "przejścia").

- "Aleksandra, can you hear me, can you give me your hand, please? Only you can help yourself, remember that" - mówi do mnie asystent szamanki.

Nie zwracam na niego uwagi, gdyż czuję się oszołomiona wewnętrznym uczuciem, jakby "kliknęły" mi wszystkie aspekty, zostały zrozumiane setki rzeczy na raz, choć nie byłam wtedy w stanie wyrazić, jakie, ale moją jedyną odpowiedzią było rozglądanie się po przestrzeni z szeroko otwartymi oczami i ustami, które wyrażały jedno wielkie:

- "WOOOOW, Ahaaa! WOW!"

Nie potrwało to długo, gdyż jakby mnie ktoś uderzył obuchem w głowę - walnęłam jak długa na ziemię. I nie wiem, co się wtedy działo, obudziłam się dużo później po raz kolejny, już po tripie, wciąż na ziemi.
Ta podróż miała jeszcze wątki poboczne, które w różny sposób pokazywały mi jak manifestuje się moja naturalna energia, gdzie znajduje się to czucie, za którym podążam i czemu jest takie, a nie inne. O czym zapominam, gdy iluzja świata zewnętrznego za bardzo to przyćmi. Czuję też, jak mocno ucieleśniła moje zaufanie do procesu - choć wiadomo, tak łatwo się o tym zapomina! Pokazała mi też niesamowitą integrację wszystkich moich aspektów i zdarza mi się na co dzień bardzo specyficzne uczucie zauważania, jak działają pewne energie w mojej rzeczywistości (w sensie np. dzieje się coś i nagle czuję, że ma to tą samą energię co energia "ciemności" pokazana mi podczas podróży, i również ten sam cel w moim rozwoju, jak i ona).

Wyszłam brudna, cała w błocie, w siniakach i z obitą mordą (żałuję, że nie zrobiłam sobie zdjęcia w całości, ale zdjęcie obitej mordy MAM i do teraz wywołuje we mnie śmiech!)

Podróż nie trwała tylko tę jedną noc. Okazało się, że... duch ayahuasci odwiedzał mnie przez kolejne 5 nocy.

Prościej mówiąc - gdy tylko kładłam się wieczorem do łóżka, dostawałam czegoś w rodzaju psychozy. Moja świadomość zaczynała wpisywać kod dostępu do innego wymiaru i nagle pyk, wychodzimy. 

Ciało dostawało drgawek, a ja nie byłam pewna, czy mam sobie tak po prostu puścić ten wymiar i polecieć nie wiadomo, gdzie?
 Blokował mnie lęk przed szaleństwem. Polecę sobie, a czy tutaj ta moja cielesna powłoka będzie dalej żyć, czuć, co z nią będzie? Umrze, a może będzie szaleć w schizofrenii, o ile ten świat będzie w ogóle dalej istniał? (ciekawy wątek - aya wcześniej zahaczyła też o temat schizofrenii jako pewnego rodzaju sposobu na powrót ku pierwotnej naturze).

Z jednej strony byłam w ciele, a z drugiej moja świadomość próbowała sobie gdzieś wyjść, zataczając koła wokół mojej głowy, a ja ostatkiem sił kurczowo trzymałam się łóżka, jakby chwytanie się rozpadającej rzeczywistości miało w czymkolwiek pomóc.Może i mogłam puścić, wybrałam jednak trzymać i uziemić to. W tym celu musiałam np wydrzeć się w poduszkę (głos uziemiał proces - jak na ayahuasce, gdy wydawałam krzyki przy przyjmowaniu światła).

I w ten sposób czułam, że kontynuuję swoje nauki balansowania pomiędzy światami.

Jednak nie zmieniało to faktu, że noc w noc i tak porywała mnie ostra jazda, na granicy wymiarów i na granicy snu i jawy. Było to naprawdę męczące, budziłam się co jakiś czas upocona, oszołomiona tym co było mi pokazywane (i co od razu zapominałam, bo nie dałoby się tego pamiętać, świat się wtedy rozpadał od tej świadomości).

To było inteligentne. 

W dzień - spokój, masz czas na integrację, wychilluj sobie. 

Kładę się do łóżka - no heloł, znowu ja, lecimy!

Trwało to 5 nocy, ze stopniowo zmniejszającą się intensywnością i szczerze - trochę tęskniłam, gdy odeszło całkiem :)

Motyw wpadania "jedną nogą" do innego wymiaru pojawił się jeszcze dosłownie z kilka razy przez ostatnie miesiące - czasem, gdy byłam na granicy snu i jawy, raz jak zapaliłam zioło, a raz poczułam go znów naprawdę mocno, na San Pedro. Jednakże nie poddałam się wtedy temu całkiem, gdyż nie byłam w odpowiednim miejscu, by pozwolić sobie na niekontrolowane drgawki czy inne ruchy ciałem - weszłam więc lekko, moje ciało telepało się na boki w pewien specyficzny sposób i wtedy tyłem zaczęłam czuć, że pojawiam się w tej przestrzeni a jednocześnie ten świat zaczyna znikać, odchodzić na plan nieistnienia. I jednoczesne poczucie bycia trzymaną w tej "drugiej" przestrzeni przez istoty, które cały czas niemalże reanimują mnie, bym się przebudziła. 

W każdym razie - zainspirowało mnie to, by uczyć się podróży astralnych.

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
26 lat
Set and setting: 
Ceremonia u kolumbijskiej szamanki. Nastawienie - otwartość, ciekawość, brak szczególnych oczekiwań - wiedziałam, że miałam znaleźć się na tej ceremonii w tym momencie życia, niezależnie od wszystkiego.
Ocena: 
Doświadczenie: 
Grzyby - dużo LSD trochę mniej Kilkukrotnie: Changa, San Pedro, MDMA dawniej różne RC jak 4-Aco-MET, 2C-B-FLY, 1cp-LSD i podobne Marihuana
natura: 
Dawkowanie: 
Dwa małe kubeczki wywaru
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2026
design: Metta Media